czwartek, 1 kwietnia 2010

Za głośno, za szybko...

No cóż... trochę lipa.
Co w tym obrazie jest takiego, że miliony ludzi pędzą po trzy razy do kina?
Jak dla mnie warto to zobaczyć wyłącznie na ekranie IMAX 3D i tylko po to. I tylko raz. To nie przypadek, że Avatar nie dostał żadnego ważnego Oscara. Scenariusz to typowa amerykańska pompatyczna historia o bohaterze, który zbawia świat. Tyle że otaczający nas świat zastępuje księżyc w układzie Alfa Centauri - Pandora, zamieszkała przez wielkich, niebieskich, humanoidalnych Na'vi. Ze skrzyżowania ich DNA z DNA człowieka powstają Avatary, które wchodzą w ten świat, by go zbadać.
Nie zamierzam tu pisać o konsekwencjach tego programu badawczego, który z racji tego, że Pandora była gazowym gigantem, musiał skończyć się jakąś katastrofą. Wiadomo... władza, pieniądze, przemoc, krew. Dla jeszcze pompatyczniejszego efektu nasz bohater, który będzie ratował Pandorę i jej lud jest weteranem wojennym, sparaliżowanym od pasa w dół. Jako Avatar jest całkowicie sprawny, więc widz łączy się z nim w radości normalnego poruszania się i nie chce, by Jake wracał do swej zwykłej cielesnej egzystencji. Niech już będzie sobie niczym Na'vi, niech fruwa na dziwnych stworach, niech stanie się wielkim wodzem prowadzącym swój lud na barykady przeciw skomputeryzowano-zmechanizowanym ludziom. Natura kontra cywilizacja, pierwotność kontra nauka, łuk kontra gigantyczne czołgi! Gdyby nie 3D i wszystkie efekty razem wzięte Avatar Camerona byłby nudnym pompatycznym rzygiem... Słowo nieprzypadkowe, bowiem tempo dziejących się na ekranie zdarzeń, natężenie ekwilibrystycznych skoków po wielkich gałęziach jeszcze większych drzew naprawdę przyprawia o mdłości. Wielcy Na'vi bombardują percepcję niebieską skórą i zwinnymi ruchami. Na ekranie jest głośno i szybko - za głośno i za szybko. Wszystko spotęgowane dodatkowo obrazem 3D, dzięki któremu jesteśmy w środku tego świata, w środku tego tempa i hałasu. I ta ekstremalna prędkość dziania się bywa chwilami nie do zniesienia.
Okey, 3D to fantastyczny wynalazek, zwłaszcza IMAX 3D. Rzeczywiście ma się wrażenie bycia wewnątrz oglądanego świata. Kilka razy złapałam się na tym, że uchylam się przed pędzącym czymś tam, że chcę złapać w dłonie latające robaczki, że chcę dotknąć intensywnie zielone paprocie. Lecz w przypadku Avatara to tylko tyle. Naprawdę wolę grafitowe obrazy bezruchu Księgi ocalenia niż pędzących z prędkością światła Na'vi, którzy lecą mi prosto na głowę...
Avatar, reż. James Cameron, premiera: 25.12.2009

piątek, 12 lutego 2010

Krótka notatka po lekturze

Harry Potter i Insygnia Śmierci pochłonęła mnie dziś całkowicie... Ostatnie kartki zaszeleściły, z wypiekami na twarzy przewracałam kolejne, aż do końca. Niestety - do końca cyklu...

Nie ma co się tu rozwodzić i rozwlekać coraz dłuższych akapitów o tym, jaka ta książka jest świetna (bo jest), o tym, co można w niej wyczytać wprost i między wierszami (bo można), o mnóstwie innych kwestii. Może kiedyś... Bo wiem, że kiedyś znów odbędę wędrówkę przez skomlikowany i ostatecznie przerażający świat czarodziejów. Znając fabułę, dane mi będzie zwracać baczną uwagę na przeróżne niuanse, niedostęne podczas pierwszej lektury lub zamglone, zepchięte w boczną odnogę percepcji. Przypilnuję zwłaszcza jednego - konstrukcji jednego z bohaterów, jak się okazało: jednego z kluczowych bohaterów, Severusa Snape'a. To zadziwjające, że w książce, obmyślanej początkowo jako "fajna" opowieść dla dzieci, która jednak dość szybko rozrosła się do rozmiarów przerażającej powieści raczej dla dorosłych, pojawia się postać skonstruowana w sposób - nie przesadzę, gdy powiem - fenomenalny. To postać tak niejednoznaczna, że do samego końca, niemalże do ostatnich stron cyklu, nie sposób odgadnąć pełnej prawdy o niej. Domysły, przupuszczenia, przeczucia nie raz poddawane są przez autorkę próbie. Dobry czy zły, zły czy dobry? Finał naprawdę oszałamia. Paru wielkich pisarzy oddałoby naprawdę wiele za stworzenie tak mrocznej i tajemniczej postaci - perfekcyjnej w całym swym rysunku. I pomyśleć, że z początku pan Severus wychylał się nie za często, raczej z drugiego planu ukrytej w lochach pracowni parujących i bulgoczących eliksirów...

poniedziałek, 8 lutego 2010

The Book of Eli


Zdaje się, że trochę czasu minęło... No cóż, takie to życie bywa czasochłonne niekiedy. Gdy mnie tu nie było, usłyszałam pierwszy krzyk wystraszonego światłem lampy szpitalnej maleńkiego chłopca :) Dwa dni temu zapragnęłam pooddychać w końcu wolnością i uciekłam do kina - na Księgę ocalenia.

Hmm...

Wrażenie pierwsze: fenomenalna sceneria.

Wrażenie drugie: nic nadzwyczajnego.

Wrażenie trzecie: a jednak trochę treści w prostej jak konstrukcja cepa fabule.

 

            Minęło 30 lat od jakiejś nuklearnej wojny. Ziemia pokryta jest suchą, twardą skorupą, naznaczoną pęknięciami i kraterami po wybuchach. W wyschniętych lasach panuje mrok, a z drzew sypie się popiół. Nie ma czym oddychać. Otwarta przestrzeń to bezkresna pustynia, która ożywa jedynie obecnością zdegenerowanych rabusiów, krzykiem mordowanych ludzi, szlakiem naznaczonym wrakami spalonych samochodów, wiodącym do małych, gwarliwych miasteczek i szkieletów ludzkich siedzib, w których wiatr chłoszcze okiennice. W miejscach, gdzie dawniej były pachnące ogródki, sterczą nadłamane krzyże – groby zabitych i zjedzonych ludzi. Kanibalizm naznacza trzęsącymi się dłońmi, wyrzucając człowieka poza nawias i tak podejrzanej społeczności. Wizja świata, której przypatrujemy się przez 2 godziny jest przerażająca i odrażająca. To świat, w którym nie ma kolorów. Jałowa, popielato-stalowa ziemia jest wypalana dzień za dniem wrzącym słońcem. Wielki wybuch rozerwał niebo i promienie słoneczne wlewają się z niespotykaną dotąd siłą w każdą szczelinę ziemi. Ci, którzy spojrzą w niebo nieosłoniętymi okularami oczyma, tracą bezpowrotnie wzrok. Wysychają usta, twarze, nieosłonięte ubraniem dłonie. Kino prawie nie zna tak smutnej plastyki obrazu – bez kolorów, wypłowiałej, a jednocześnie nie czarno-białej. Jałowość podkreślają smutek, strach i zło ludzi, którym dane było przeżyć lub narodzić się już w nowym świecie. Ich twarze są blade, szare, poranione, brudne tak, jak ich ubrania. Mieszkańcy miasteczka, do którego prowadzi nas fabuła, sprawiają wrażenie spalonych słońcem tak samo jak ziemia. Są spaleni i umęczeni nie tylko fizycznie, z braku wody i jedzenia, ale i duchowo. W tych ludziach albo nic nie ma, albo jest zło. Codzienność ograniczyła się do zwierzęcego instynktu. Prawo bycia mają najsilniejsi. 

To naprawdę robi wrażenie...

            W tej kolebce zła u początku nowego świata nad mroczną stroną dusz czuwa Carnegie – burmistrz małego, zakurzonego miasta, przypominajęcego miasteczka z westernów, pełne rewolwerowców i oprychów. Carnegie  jest przesiąknięty żądzą władzy do szpiku kości i obsesyjnie owładnięty pragnieniem odnalezienia Księgi. W niezrozumiały dla otaczających go ludzi pościg za tajemniczą książką angażuje wszystkich swoich podwładnych, ale przede wszystkim własne siły. Poza nim jednym nikt w miasteczku nie ma pojęcia, jakiej książki pragnie i na co mu ona, gdy brak wody i jedzenia. Tych jednak burmistrzowi nie brakuje. Zna ukryte wewnątrz ziemi źródło czystej wody i sprzedaje ją spragnionym za bezcen, a w swym barze pasie swój brzuch i swoich ludzi. Trzyma całe miasto w swej dłoni, wywołując strach, z bandy okrutnych degeneratów i wody czyniąc oręż. Ale to mu nie wystarcza. Chce posiąść na własność ludzkie dusze, by tym skuteczniej nimi rządzić. I zna klucz do tak ostatecznej władzy – wiarę. Jako jeden z nielicznych zna świat sprzed wojny, w którym ludzie kierowali się ustanowionymi tysiące lat wcześniej zasadami. Po wojnie zasady, tak jak świat zewnętrzny, zostały spalone – dosłownie, bo Biblię we wszystkich jej egzemplarzach postanowiono spalić. Niezapisany dekalog przestał obowiązywać, doprowadzając ludzi na skraj duchowej przepaści. Wraz ze zniknięciem w pyle wybuchów widomych znaków cywilizacji zniknął człowiek. I choć nie wiedział już, co to jest telewizor, wciąż wiedział, jak posługiwać się bronią...

            Carnegie wie, że gdzieś na pewno istnieje jeden jedyny egzemplarz Biblii, który cudem nie spłonął. Swą inteligencją przerasta tłum, którym rządzi, i zdaje sobie sprawę z tego, jak łatwo jest  za pomocą wiary i słów zapisanych w Biblii manipulować ludzkimi  emocjami. Niczym XVI-wieczny inkwizytor, chce posiąść ludzkie umysły. Wie, że nikt nie stanie mu na drodze, bo nikt nie zna tu obsesyjnie poszukiwanej przez niego Księgi. I nagle, staje przed nim pewien wędrowiec, który niesie w swym plecaku... Biblię.

            Eli od 30 lat podąża na zachód. Nie zbacza z drogi, bo jest pewien, że mu nie wolno. Jest jak starotestamentowy prorok – zaraz po wojnie odnalazł jedyny egzemplarz Biblii i usłyszał głos Boga nakazujący mu zanieść Księgę na zachód, w bezpieczne miejsce, które sam rozpozna. I odtąd Eli wędruje, nie znalazłszy jeszcze miejsca, w którym zasady mogłyby się odrodzić. Jest chroniony niewidzialnym pancerzem, którego nie imają się kule ani nienawiść ludzka, a w swym marszu przypomina rycerza krzyżowego, który „ad maiorem Dei gloriam” odrąbuje zwinnie swym kindżałem ręce rzezimieszkom. Ręka Eliego wymierza sprawiedliwość w kroplach krwi, a jej właściciel klęka potem, chyląc głowę w modlitwie. To postać dwuznaczna - w swej podróży ze Słowem Bożym w plecaku, sercu i umyśle potrafi odwrócić się, gdy mordują niewinnych ludzi. Ile razy tak zrobił w ciągu tych 30 lat?

          Carnegie jest zafascynowany inteligencją Eliego, jego pełnym dobrych manier sposobem bycia i wreszcie – nieprawdopodobnym stylem walki. Czuje do niego pewien sentyment, bo – tak jak on – pochodzi z „tamtego”  świata. Chce go mieć w swoich szeregach, na własność, do realizacji brudnych celów, gdy nagle okazuje się, że to właśnie Eli niesie ze sobą Biblię. Od tej chwili Carnegie jest nie tylko zafascynowany tajemniczym wędrowcem – on się go boi i nienawidzi, a obsesyjne próby odebrania Eliemu Księgi wyniszczają go całkowicie. Traci po kolei swych najlepszych i najwierniejszych ludzi, traci wierną poprzez strach kobietę, swoje zdrowie i ostatecznie zatraca się sam w swym niespełnionym marzeniu o bezkresnej władzy.

            „Księga ocalenia” to trochę futurystyczna przypowieść, która zgodnie z definicją gatunku posiada prostą fabułę, rozgrywającą się z udziałem niewielkiej liczby bohaterów. Schemat jest czarno-biały – jest ten dobry i ten zły, by odbiorca nie miał wątpliwości, jaką treść się przedstawia i po czyjej stronie należy się opowiedzieć. Sens moralny w takiej konstrukcji nie jest zbyt trudny do odczytania. Jeśli zatem ktoś spodziewa się wartkiej akcji i skomplikowanych przygód w postapokaliptycznym świecie, rodem z Mad Maxa, niech nie idzie na ten film. Szkoda jego czasu i nerwów. Nie o to chodziło reżyserom. Bracia Hughes zaglądają w głąb dusz obu bohaterów. Grają stalowym, plastycznym obrazem oraz ciszą, by tym mocniej zwrócić naszą uwagę na mroczną stronę ludzkiej natury i pragnienie wydobycia świata z ciemności. Tu nie ma efektów specjalnych, nie ma superbohatera, który przy pomocy wyszukanych technicznych trików będzie zbawiał świat. Nie. Eli uwierzył, że usłyszał głos Boga i idzie przed siebie, sam nie wiedząc dokąd. Niewidzialny pancerz chroni go, dopóki ma przy sobie Księgę. Gdy oddaje ją Carnegiemu, pancerz znika. Rana, którą mu zada burmistrz, okaże się ostatecznie śmiertelna. Ale śmierć nastąpi dopiero, gdy doniesie zapisany w pamięci Dekalog do poszukiwanego 30 lat miejsca. Razem z Elim dokładnie wiemy, że je odnalazł – na ekranie nagle pojawiają się kolory. 

Owszem, to trochę zbyt prosty, a tym samym zbyt przesadzony film o zapędach religijnych. Ale na swój sposób wciąga innością, obrazem i właśnie tą prostotą. Pościg za Elim, strzały i lejąca się krew kontrastują z ciszą i skupieniem, zachowując mimo wszystko  pewną równowagę. To film o pojedynku dwóch ludzi, dwóch charakterów – niecodzienna krucjata na miarę świata po wojnie nuklearnej, wygrana po mistrzowsku przez Denzela Washingtona (Eli) i Garego Oldmana (Carnegie). Tak... już chociażby tylko dla nich warto ten film obejrzeć. Denzel, przypominający tu trochę włóczęgę dworcowego, wygrywa swą wielką wiarę na niskich tonach, delikatnie, nie przerysowując konturów. Jest nieugięty i niepokonany w starciu bezpośrednim, z kindżałem w ręku. To jego swoista wyprawa krzyżowa, w której nie może zmrużyć oka. A Oldman? Znów inaczej, znów świetnie. Nieprzejednany reprezentant nieobecnej praktycznie we współczesnym kinie „metody Stanisławskiego” znów zaskakuje koncepcją roli. To nie jest Oldman grający Carnegiego – to przesiąknięty złem Carnegie. Głos, mimika, charakteryzacja składają się na kreację chwilami odrażającą w swej prawdzie – okrucieństwie i obsesji władzy. Dziobata twarz i pomarszczona skóra są zewnętrznym odbiciem grzęznącej w nienawiści duszy. Starczy zerknąć w złowieszczy błysk w oczach i posłuchać piekielnego śmiechu, by postawić tę kreację chociażby obok zapijaczonego i nieobliczalnego Jackiego Flannery’ego czy odurzonego prochami i muzyką Beethovena, wyczerpanego nerwowo, nieprzewidywalnego i bezwzględnego Normana Stansfielda. Dziś takiej sztuki aktorskiej już praktycznie nie ma. Dlatego jak zwykle chylę czoła...  

The Book of Eli, reż. Albert Hughes, Allen Hughes, premiera: 15.01.2001

piątek, 22 sierpnia 2008

Ewakuacja

Proponuję się ewakuować - wszystkim korektorom, którzy muszą całe godziny wciskać swe oczy w długie i krótkie akapity, w rozgałęzienia zagadkowej nierzadko składni, będacej kosmicznym płodem nieskoordynowanej pracy nerwowych zwojów w autorskich mózgach, w szlaczki liter bardziej pogmatwane niż te bazgrolone przez dzieci w zeszytach w trzy linie. Wciskanie oczu bywa brutalne dla obu stron. Spłodzone - być może i w wielkim natchnieniu - treści i kształty zamknięte w słowach bolą często bardziej niż południowe słońce na wysokości 2000 metrów. Ale dobry korektor nie pozostanie naiwnie dłużny, krusząc to wszystko na drobne kreseczką kursora lub ostrzem atramentu. Są jednak pewne granice tej brutalnej walki. Bo jak zachować niezmarszczoną twarz, gdy pan Z. "penetruje plemiona" w Afryce i Amazonii? Chociaż z drugiej strony wyjaśniałoby to, dlaczego pan Z. przegapił fakt, że weszliśmy do UE. Był wtedy zajęty penetracją, w dodatku ekstremalną, jak twiedzi. Może szanowany pan profesor prawa, nieomylny i karzący sędzia TK przemierzał akurat gąszcz amazońskich lasów, podczas gdy tu zmieniano akty prawne, uchylano ważne ustawy i wydawano nowe rozporządzenia. Pan Z. przegapił po prostu te wydarzenia, a jego umysł, zajęty później wspomnieniami odkrywania nieznanych lądów, nie stracił czasu na odświeżenie i aktualizację danych. A nie mówiłam, że to musi być wybitny umysł? Tylko taki nie może przecież tracić energii na konstruowanie pięknych słów i fraz. Albo chociaż poprawnych! Może tylko taki umysł nie pamięta, co pisał w pierwszej części zdania, nie wspominając o poprzednim akapicie. Zalogowane na stronach ekstremalnych wspomnień neurony i inne zwoje nie mają już dość wirtulanej pamięci, by dopasowywać odpowiednio do siebie czas, rodzaj, liczbę i tryb. Brak koncówek niech też nie dziwi, przecież myśl już wybiegła gdzieś naprzód, w niezbadane jeszcze rejony. Nie zgadza się treść, rozjeżdża się forma. Ale to przecież nie jest istotne, bo nasz Indiana Jones już planuje kolejną wyprawę. Mało tego! postanowił dać odpocząć korekcie prawniczej i zmierzyć się tym razem z korektą literacką w przestrzeni książek podróżniczych. Proponuję więc ewakuować się, a pan Z. niechaj stanie się pretekstem do pozostawienia "autorytetów" i wielkich umysłów samym sobie. Niechaj zdemaskują ich ich własne - jakże nieporadny język i podejrzana wiedza... przykre, ale w wielu wypadkach smutno-prawdziwe.

Odpocznijmy przy Murakamim...

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Podczytane

... teatr nie jest po to, żeby go rozumieć. "Usłyszałeś tedy - mówi się widzowi w Metamorfozach - ale choćeś usłyszał, trzeba, abyś nie rozumiał". ... Teatr jest po to, by wzruszać...

Badaczowi teatru nie przystoi się przyznawać do wzruszeń, dlatego czasem musi zawieszać swój status teatrologa. 

Moje CZASEM to kilka miejsc, kilka chwil gęsiej skórki. 

WSTĘP DO MAGII:

1996 Zakopane -Wariat i zakonnica. Pierwsze wessanie przez Dziukową magię.

1997 Zakopane - Fin. Drugie wessanie. 

Z ROZBUDZONEJ ŚWIADOMOŚCI TEATRALNEJ:

1999 Warszawa - Metamorfozy. Rozdeptana przez Gardzienicką feerię muzo-rucho-plastyki.

1999 Sejny - Dybuk. W nikłym cieniu Gardzienic. Ale z dreszczami.

APOGEUM:

1999 Wrocław/2001 Toruń - Mythos. Rozjechana walcem Odin Teatret. Bezradna wobec ciężaru znaków Wielkiej Magii Teatru.

Jak na kilkadziesiąt pobytów w teatralnych świątyniach sztuki - niewiele. Bardzo mało. Ale tym silniejsze wzruszenie. Co mogło nastąpić po bezwzględnym dla mnie apogeum? Nazwijmy to bojkotem. Bojkot budynków teatralnych (już nie świątyń) trwał praktycznie do dziś dnia. W zastępstwie były książki i zapisane na taśmach wielkie spektakle. Namiastka. Wielkie cienie wielkich wzruszeń. Fotografie poruszające się w wyobraźni. A potem cisza. Bezruch...