piątek, 12 lutego 2010

Krótka notatka po lekturze

Harry Potter i Insygnia Śmierci pochłonęła mnie dziś całkowicie... Ostatnie kartki zaszeleściły, z wypiekami na twarzy przewracałam kolejne, aż do końca. Niestety - do końca cyklu...

Nie ma co się tu rozwodzić i rozwlekać coraz dłuższych akapitów o tym, jaka ta książka jest świetna (bo jest), o tym, co można w niej wyczytać wprost i między wierszami (bo można), o mnóstwie innych kwestii. Może kiedyś... Bo wiem, że kiedyś znów odbędę wędrówkę przez skomlikowany i ostatecznie przerażający świat czarodziejów. Znając fabułę, dane mi będzie zwracać baczną uwagę na przeróżne niuanse, niedostęne podczas pierwszej lektury lub zamglone, zepchięte w boczną odnogę percepcji. Przypilnuję zwłaszcza jednego - konstrukcji jednego z bohaterów, jak się okazało: jednego z kluczowych bohaterów, Severusa Snape'a. To zadziwjające, że w książce, obmyślanej początkowo jako "fajna" opowieść dla dzieci, która jednak dość szybko rozrosła się do rozmiarów przerażającej powieści raczej dla dorosłych, pojawia się postać skonstruowana w sposób - nie przesadzę, gdy powiem - fenomenalny. To postać tak niejednoznaczna, że do samego końca, niemalże do ostatnich stron cyklu, nie sposób odgadnąć pełnej prawdy o niej. Domysły, przupuszczenia, przeczucia nie raz poddawane są przez autorkę próbie. Dobry czy zły, zły czy dobry? Finał naprawdę oszałamia. Paru wielkich pisarzy oddałoby naprawdę wiele za stworzenie tak mrocznej i tajemniczej postaci - perfekcyjnej w całym swym rysunku. I pomyśleć, że z początku pan Severus wychylał się nie za często, raczej z drugiego planu ukrytej w lochach pracowni parujących i bulgoczących eliksirów...

Brak komentarzy: